Loteria życiowa Łukasza

Data dodania: 1 czerwca 2015 | Autor artykułu: Jan Pataraniak | Kategoria: Wydarzenia | 8 komentarzy

Jak napisać artykuł o człowieku, którego los tak ciężko doświadczył. Jednak historia Łukasza jest godna, aby poświęcić jej cząstkę naszej uwagi. Człowiek ten przyjmuje na siebie każde doświadczenie jakie zsyła na niego los, dziękuje Bogu za każdy dzień i uczy pokory innych ludzi. Jego wytrwałość, dystans do własnej osoby pokazuje co w życiu jest najważniejsze.

Łukasz Stryjecki – mieszkaniec Zdziechowic Drugich. Pewnie wielu go zna, pamięta z czasów szkolnych, ktoś coś słyszał, ktoś coś wie. Redakcja MiastoZaklikow.pl chce przedstawić jego wzloty, trudy i upadki. Gdy jesteśmy młodzi, zdrowi nie zastanawiamy się nad tym, że życie jest krótkie, że jesteśmy tu na chwilę, a choroba to abstrakcja – Łukasz też tak myślał do czasu gdy, no właśnie….

Witaj, dziękuję za odważną decyzję opowiedzenia o trudach własnej choroby. Może na początek opowiesz kilka słów o sobie?

Witam serdecznie, to może tak w skrócie. Nazywam się Łukasz Stryjecki, mam 32 lata i pochodzę ze Zdziechowic Drugich. Tu się wychowałem i mieszkałem do czasu ukończenia liceum w Zaklikowie, po czym wyjechałem do Rzeszowa na studia. Mieszkając tam ukończyłem dwa kierunki studiów i w międzyczasie związałem się z cudowną dziewczyną, którą znałem już wcześniej. Była to dziewczyna pochodząca z moich rodzinnych stron, z którą wspólnie chodziliśmy do liceum będąc w jednej klasie. Od tamtego czasu jesteśmy razem, dziś już jako narzeczeństwo. Po skończonych studiach pozostaliśmy w Rzeszowie, gdzie obojgu nam udało się uzyskać zatrudnienie.

Jednak z powodu choroby, od około czterech lat jeżdżę na wózku inwalidzkim. Nie jest to zwykły wózek jak te widziane w szpitalach, ten wózek to tzw. aktywny, który pozwala na pełną mobilność i możliwość samodzielnego poruszania się po domu, czy w terenie. Wspólnie z narzeczoną radziliśmy sobie zatem ze wszystkimi przeciwnościami, próbując normalnie żyć. Niestety od niedawna moje problemy zdrowotne znów bardzo się nasiliły i po wyjściu że szpitala wymagam stałej opieki. Dlatego też obecnie mieszkam z powrotem tutaj, tj. u rodziców gdzie została zorganizowana cała pomoc i niezbędny sprzęt medyczny. To tak pobieżnie i w wielkim skrócie wygląda.

Łukasz powiedz od czego zaczęła się twoja choroba i ile miałeś wtedy lat?

Otóż cała historia z moją chorobą rozpoczęła się ponad szesnaście lat temu. To był rok 1998, a ja miałem wówczas niecałe szesnaście lat, czyli jeszcze dzieciak świeżo po skończeniu szkoły podstawowej. Trafiłem wtedy do szpitala w Stalowej Woli z powodu ciężko leczącego się zapalenia płuc. Przy tej okazji wykonano kontrolne badanie USG z racji problemów zdrowotnych, które miałem w dzieciństwie. W trakcie badania wykryto sporego guza w jamie brzusznej niewiadomego pochodzenia. Z tego względu zostałem przewieziony do kliniki w Lublinie celem przeprowadzenia dalszych badań i zdiagnozowania choroby. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko krótko, że po pewnym czasie udało się w końcu rozpoznać jednostkę chorobową. Nazwa choroby nie jest istotna bo i tak nic nikomu nie powie. Okazało się bowiem, że cierpię na bardzo rzadką nieuleczalną chorobę, na którą wówczas chorowało około 13 tys. ludzi na świecie. Tak to wszystko się zaczęło, zupełny przypadek. Trafiło właśnie na mnie, jednym słowem szczęściarz (śmiech)…

Powiedz  jak próbowano walczyć z chorobą, i co przeszedłeś?

Jeśli chodzi o sposoby walki z chorobą, to próbowano wielu metod m.in. chemioterapii, czy radioterapii, czyli naświetlań tzw. bombą kobaltową. Okazały się one bezskuteczne. Jak wspomniałem choroba jest nieuleczalna, a jedyną metodą działania są właśnie zabiegi operacyjne polegające na próbie wycięcia pojawiających się guzów. Ograniczenia polegają na ich lokalizacji i rozmiarach bowiem guzy mogą pojawić się dosłownie wszędzie. Jednym słowem czysta loteria.

Powiedz zatem ile już było tych operacji i co się działo po każdej z nich?

Jeśli chodzi z kolei o przebieg choroby to długo można opowiadać, starczyło by na napisanie książki, ale nie w tym rzecz. Otóż do tej pory miałem już chyba dziesięć operacji. Niestety większość z nich to operacje guzów zagrażających życiu i kończących się porażeniami ciała, niedowładami, czy paraliżem, a pobyty w szpitalu trwały nawet pół roku. Po jednej z operacji guza w kręgosłupie szyjnym na rdzeniu kręgowym (takich operacji było już trzy) nastąpił całkowity paraliż. Nie poruszałem nawet oczami by dać znak życia. Podałem ten przykład jedynie po to by pokazać, że bywało naprawdę ciężko, że skutki wielu operacji były koszmarne, a leczenie i rehabilitacja pociągały za sobą ogromne koszty. Mimo wszystko nigdy się nie załamałem, nigdy nie złożyłem broni i nie przestałem walczyć. Po każdym nawet najcięższym upadku, za wszelką cenę próbowałem wstać z kolan. Już kilka razy uczyłem się na nowo oddychać, połykać, jeść, czy mówić. Wiele też razy na nowo uczyłem się zwykłego poruszania rękoma, czy wreszcie samodzielnego chodu – nigdy nie odpuściłem. Pomagała mi w tym rodzina, a w szczególności rodzice, którzy zawsze byli przy mnie dodając otuchy i pomagając na wszelkie możliwe sposoby nawet w tych najgorszych chwilach. Największą jednak motywacją do walki i powrotu do sprawności była i jest moja obecna narzeczona. Zawsze przy mnie była, zawsze trwała mimo, że musiała przeżyć wiele ciężkich chwil, dramatycznych momentów i przepłakać samotnie wiele nocy drżąc o moje życie. Najważniejsze jednak, że pomimo złych rokowań i braku szans na poprawę w opinii lekarzy, zawsze się udawało! Zawsze dawałem radę i ku niejednokrotnemu zdziwieniu neurochirurgów, potrafiłem się jakoś wykopać z niejednego koszmaru choroby.

Czy są szanse, że kiedyś wyzdrowiejesz?

Czy są szanse? Niestety z tego, co wiem to brak jakichkolwiek. Kolejny atak choroby może nastąpić w każdej chwili fundując mi następnego guza w tym, czy innym miejscu. Jak już wspomniałem to czysta loteria i wszystko zależy od lokalizacji guza. Właśnie od miejsca w którym on urośnie zależy, czy zrobi mi mniejszą czy większą krzywdę, a może…

Co Ci dodaje siły?

Jak już wspomniałem największym motywatorem jest moja narzeczona. To Ona właśnie jest moim największym darem od Boga, za który zawsze będę dziękował. Trwa przy mnie od tylu lat bez względu na okoliczności. Nikt i nic Jej przy mnie na siłę nie trzyma: ani żadna osoba, ani żaden obowiązek. Nie potrzebowała przysięgi małżeńskiej, czy papierka z Urzędu Stanu Cywilnego by być przy mnie bez względu na wszystko. Niewiele jest takich kobiet. Ja zatem też muszę stanąć na wysokości zadania i również zrobić wszystko by Jej nie zawieść i za każdym razem wracać do sprawności na ile to tylko możliwe. Poza tym może to dziwne, ale sił dodaje mi chyba mój charakter, sposób podejścia do własnego życia i problemów zdrowotnych. Biorę to wszystko na spokojnie i z lekkim przymrużeniem oka, żartując, podśmiewując się i dowcipkując, kiedy tylko mogę. Na pytania typu: „jak to robisz, że nie dajesz za wygraną i nadal walczysz?”, odpowiadam ze śmiechem: walczę z chorobą już ponad 16 lat. Włożyłem w to mnóstwo wysiłku, pracy i teraz co – mam się nagle poddać – nie opłaci mi się, (śmiech)! Moje ciche motto na wszelkie przeciwności i najtrudniejsze nawet momenty: „NEVER GVIE UP, czyli nigdy się nie poddawaj. Sądzę, że tak trzeba, że nie ma innej drogi. Nie można tak po prostu sobie odpuścić, przestać walczyć, po prostu nie można bo wtedy człowiek skazuje się na bierne czekanie na swój „koniec”, narzekając i użalając się nad sobą. Czasami ludzie dotknięci chorobą myślą o innym, wygodniejszym wyjściu. Mam tu na myśli ich chęć wcześniejszego skończenia ze sobą. Moje zdanie na temat? Uważam to za największe tchórzostwo. To proste rozwiązanie własnego problemu, ale stworzenie wielu problemów i cierpień najbliższym. To nie odwaga, a tchórzostwo i egoizm w czystej postaci. Tak po prostu nie można. No ale dość już o tym. Myślę, że w chorobie grunt to dobre nastawienie i pozytywne myślenie. Przecież „szklanka jest zawsze do polowy pełna, a nie odwrotnie”. Trzeba zatem walczyć bez względu na wszystko. Walczyć i mieć cel do którego się dąży, a ze wsparciem najbliższych i otoczenia jest to na pewno łatwiejsze.

Jesteś najbardziej optymistyczną osobą jaką poznałem, wytrwałą i ambitną. Co wobec tego robisz, gdy jesteś smutny?

Dziękuję za komplement, chyba się zarumieniłem. Na prawdę bez przesady, takie słowa to wielkie wyróżnienie, ja jestem raczej zwykłym facetem, który mimo choroby próbuje po prostu normalnie żyć na ile to możliwe. Znam ludzi, którzy na pewno bardziej zasługują na takie słowa. Jeśli natomiast chodzi o to, co robię, gdy jestem smutny to niejednokrotnie w chwilach słabości (wszyscy takie miewamy), spoglądam na swój nadgarstek. Jest na nim silikonowa opaska, a na niej wypisane moje imię wraz ze wspaniałą myślą: „próbuj, a potem próbuj mocniej”. To mi przypomina, że mimo przeciwności nie mogę odpuścić, trzeba walczyć i brać na siebie wszystko, co przyniesie los uśmiechając się i żartując z jego poczynań. Innym z kolei „lekarstwem” na smutek, czy gorszy moment jest zdjęcie mojej narzeczonej. Mam ich kilka w portfelu i w telefonie komórkowym, gdzie wciąż je aktualizuję robiąc nowe przy każdej okazji. Gdy sobie na nie spojrzę od razu gęba sama się uśmiecha i wracają pozytywne myśli. W telefonie mam też kilka piosenek, które bardzo przypadły mi do gustu i od razu sprawiają, że motywacja do działania wraca i nie pozwala pozostawać w bezsilności. Smutek czasem ogarnia każdego z nas, lecz nie dajmy się zwariować. Są przecież burze i deszczowe dni ale przecież nawet po największej burzy w końcu kiedyś i tak wychodzi słońce…

Powiedz, czy są w twoim życiu wesołe chwile? Czy masz jakieś rozrywki?

Tak oczywiście, że są takie. Jest ich pełno chociaż myślę, że niektóre w nieco innym wymiarze niż u większości ludzi. Staram się cieszyć nawet z tych malutkich rzeczy, doceniać nawet te najmniejsze sukcesy. Radosne chwile spotykają mnie często tak jak każdego człowieka jednak staram się je bardziej dostrzegać i cieszyć nawet z tych najmniejszych. A rozrywki? Pewnie, że mam chociaż może nie tyle i nie tak wielkie jak ludzie w moim wieku, a to ze względu na problemy w dostaniu wózkiem w wielu miejsc. Niemniej jednak spotykam się też ze znajomymi, chodzę czasem z narzeczoną do restauracji, by przy smacznym posiłku spędzić miło czas. Latem też palę grilla np. będąc w odwiedzinach u rodziny i urządzamy małe imprezki. Jeżdżę też czasem w określone dni tygodnia na halę sportową by spotkać się z innymi ludźmi na wózkach, których poznałem i pograć z nimi w kosza lub zwyczajnie trochę poruszać pracując nad utrzymaniem kondycji. Rozrywką, chyba najdrobniejszą i zarazem wesołym momentem jest dla mnie też czas poświęcony na codzienne wypicie kawy. Może to dziwne, ale ta czynność to dla mnie codzienny obowiązkowy i niemal święty rytuał. Daje mi mnóstwo satysfakcji. Kawa wprowadza mnie w dobry nastrój, poprawia samopoczucie i daje chęci do działania. Jak to zawsze powtarzam: bez kawy nie ma życia, śmiech! Poza tym uwielbiam jej smak i lubię popijać ją w czyimś towarzystwie by móc zwyczajnie pogadać i pośmiać się wspólnie.

Podobno jeszcze niedawno należałeś go drużyny rugby?

Co do tego pytania małe sprostowanie: ja nadal należę do drużyny rugby. Jestem członkiem „Flying Wings”, rzeszowskiej drużyny rugby na wózkach. Niestety ze względu na problemy zdrowotne, które bardzo nasiliły się w ostatnim czasie od ponad roku nie uczestniczę czynnie w treningach, czy meczach ligowych. Cała jednak ekipa, łącznie z trenerem czeka na mnie i dopinguje do szybkiego powrotu na rugbowy wózek. Ogólnie rzecz biorąc właśnie od czasu, gdy musiałem usiąść na wózku, sport stał się dla mnie bardzo ważny. Dodaje siły, motywacji do działania i co najważniejsze nie pozwala bezczynnie siedzieć w domu by zadręczać się zbędnymi pytaniami typu „czemu mnie to spotkało, za co?”. Nie pozwala nabijać głowy czarnymi myślami i użalać się nad sobą pytając „Boże, dlaczego ja?”. Poza tym sport jest bardzo ważny, gdyż pozwala wyjść do ludzi, nawiązywać znajomości i funkcjonować w społeczeństwie bez wykluczania się z codziennego życia.

Ta choroba to wielkie nieszczęście dla młodego człowieka, powiedz czy jesteś szczęśliwy? Chciałbyś być może kimś innym?

Czy jestem szczęśliwy? Oczywiście, że tak! Mam cudowną rodzinę, która jest ze mną w każdym momencie życia, wspierając w trudnych chwilach i ciesząc się w tych radosnych. Tu muszę też wspomnieć o dwóch córeczkach mojego brata, które są naszą rodzinną wielką radością. Starsza z nich, 6-letnia Tosia wprost za mną przepada i zapewnia o swej miłości przy każdej okazji. Natomiast młodsza bo zaledwie 15-miesięczna Zosia, której mam zaszczyt być chrzestnym to niesamowita pociecha i wprost żywe srebro. Oczywiście mam też cudowną narzeczoną, która dzieli ze mną życie będąc na dobre i złe. Wytrwale wspiera i pomaga nie zważając na przeciwności, jakie stawia nam los. Bardzo się kochamy i oddałbym dla niej wszystko, tak jak Ona poświęciła dla mnie wszystko, co dla kobiety najcenniejsze by tylko nasz związek mógł trwać. Poza tym otaczają mnie bliscy znajomi, przyjaciele na których mogę liczyć i zawsze na nich polegać. Mógłbym tak długo wymieniać, ale fakt faktem, mam wiele powodów by być szczęśliwym. A co do drugiej części pytania to odpowiem krótko: oczywiście, że nie chciałbym być nikim innym bo niby po co? Gdyby tak było to prawdopodobnie nie spotkałbym na swej drodze tych wszystkich ludzi. Nie przeżył tych wszystkich cudownych chwil. No tak, może byłbym wolny od choroby ale choroba to przecież nie jest całe moje życie, nie jego wyznacznik. A z drugiej strony (powtarzam to niejednokrotnie), cieszę się, że spotkała ona właśnie mnie, że ja „zgarnąłem” to wszystko bo nie wyobrażam sobie by mógł na nią cierpieć ktoś z mojej rodziny. Dzięki Bogu wszyscy są zdrowi.

Do niedawna pracowałeś, nawet w chorobie.

Tak to prawda, pracowałem, staram się mimo wszystko normalnie żyć i jak każdy przeciętny obywatel płacić podatki, heh. Niestety przez ostatnie problemy zdrowotne straciłem pracę. Po prostu ze względu na zbyt długi okres przebywania na tzw. chorobowym, pracodawca rozwiązał ze mną stosunek pracy, co zresztą zrobił zgodnie z prawem. Nie wiem czy kiedyś wrócę do pracy, chociaż bardzo bym chciał. Teraz wszystko zależy od postępów w rehabilitacji i szybkości mojego ewentualnego powrotu do formy. Dlatego właśnie zdecydowałem się na prywatną rehabilitację by spróbować dojść do siebie jak najszybciej. To kosztowne, ale nie widzę innego wyjścia bo rehabilitacja środowiskowa, czyli w domu pacjenta i refundowana w ramach NFZ to zdecydowanie za mało.

W jaki sposób radzisz postępować zdrowym względem tych na wózku?

No tak przecież jestem na wózku od czterech lat, więc na pewno mam jakieś spostrzeżenia. Otóż jak już wspominałem od tamtego czasu moje życie bardzo się zmieniło, tak jak i spojrzenie na wiele spraw. Jeżeli chodzi o postępowanie zdrowych względem tzw. wózkowiczów to trzeba pamiętać, że ci ludzie z bardzo różnych powodów znaleźli się na wózku. Należy bezwzględnie zerwać ze stereotypowym myśleniem, że osoba na wózku inwalidzkim to ktoś brudny, śmierdzący, zasikany i na pewno nie do końca zdrowy psychicznie. Wręcz przeciwnie, to normalni ludzie jak każdy zwykły obywatel. Po prostu od pewnego czasu i z różnych powodów każdy z nich jest „trochę niższy i chodzi inaczej”. Przede wszystkim trzeba tych ludzi traktować normalnie i nie omijać z obawą szerokim łukiem lub patrzeć z politowaniem użalając się nad ich losem. Mam krótką radę: traktujcie tych ludzi tak, jak chcecie by Was traktowano. Z drugiej strony widząc na mieście osobę na wózku, która męczy się z wydostaniem na wysoki krawężnik, schody, czy inną barierę architektoniczną (których niestety w Polsce nadal jest zbyt dużo), nie wolno pozostawać obojętnym. Niestety wielu ludzi przechodzi obok udając, że tego nie widzi lub nawet ucieka na drugą stronę ulicy by nie znaleźć się w tej niewygodnej sytuacji. Wręcz przeciwnie, podejdźmy, pierwsi nawiążmy przyjacielski kontakt oferując pomoc. To nic nie kosztuje, a tak wiele znaczy. Chyba jeszcze nie tak trudno o zwykły ludzki odruch w tym zwariowanym świecie. Bądźmy po prostu ludźmi i traktujmy tych na wózkach jak ludzi, normalnych ludzi bo przecież to mogło się przytrafić każdemu.

Jakie masz plany na przyszłość?

Powiem szczerze, że nie mam żadnych. Moja choroba to jedna wielka niewiadoma. Jestem jak tykająca bomba zegarowa, która może wybuchnąć w każdej chwili. Dodatkowo w ostatnim czasie choroba bardzo się nasiliła, więc wybieganie w przyszłość z planami po prostu mija się z celem. Teraz żyję tylko teraźniejszością, ciesząc się każdym dniem, a moje plany sięgają najdalej najbliższych kilku dni. Obecnie mam tylko cichą nadzieję, że będę się w stanie wyrehabilitować i wrócić do względnej normalności zanim przez moją chorobę znów coś się wydarzy. Dzisiaj cieszę się każdym dniem i czekam na to, co przyniesie jutro.

Czy chciałbyś komuś szczególnie podziękować?

Jest wiele osób, którym chciałbym podziękować, jednak na pierwszym miejscu byli i będą zawsze moi rodzice. Są przy mnie od samego początku piekła choroby. Wspierają mnie i pomagają zawsze i bez względu na porę dnia czy nocy mogę na nich liczyć. Dla mnie oni jako rodzice swój najtrudniejszy życiowy egzamin zdali z wyróżnieniem stając nawet powyżej poprzeczki tego zadania. W tym miejscu również podziękowania i niedającą się opisać wdzięczność kieruję do mojej obecnej narzeczonej. Płynące z jej ogromnej miłości poświęcenie i bezinteresowna, nieoceniona pomoc sprawiły, że nadal daję radę. Mimo tych wszelkich przeciwności jakie stawia los nadal jestem, walczę i daję radę. Razem dzielimy to wszystko idąc przez życie, a to co dla mnie zrobiła i robi nadal będę na zawsze pamiętał. Chciałbym też podziękować wszystkim bliskim z rodziny, którzy wspierali mnie i dopingowali bym się nie poddał. Podobne słowa kieruję do przyjaciół i znajomych oraz wszystkich napotkanych na swej drodze ludzi (czasami zupełnie obcych), jak i wszystkich którzy przyczynili się swą pomocą czy dobrym słowem do tego, że jeszcze jestem wśród żywych. Odrębne jednak podziękowania należą się tym wszystkim lekarzom i pielęgniarkom, którzy całym sercem angażowali się w ratowanie mojego życia, a potem pomagali w powrocie do zdrowia. Niektórzy pozostawali po kilka dni i nocy w pracy by czuwać nad moim ciężkim stanem, traktując mnie przy tym dosłownie jak własnego syna. Tak m.in. było podczas moich ostatnich problemów zdrowotnych, gdy po przewiezieniu z rzeszowskiego szpitala MSWiA, trafiłem na Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii szpitala w Stalowej Woli. Jeszcze raz zatem wszystkim ludziom dobrej woli dziękuję, ze szczerego serca dziękuję…

Co z kolei na zakończenie chciałbym dodać od siebie? Do wszystkich zdrowych ludzi kieruję prośbę by ludzi chorych nie traktować jak „zło konieczne”, nie spychać na margines życia. Chciałbym aby traktowano tych ludzi z serdecznością, otaczając opieką, zrozumieniem, pomocą i dobrym słowem. Choćby stan osoby chorej był wręcz beznadziejny by nie użalać się nad nią, lecz za wszelką cenę wspierać, wspomagać uśmiechem przekazując dobrą energię i pozytywne nastawianie. Trzeba być dla tych ludzi podporą, zwłaszcza duchową, ich motywacją by patrzyli na świat z optymizmem, a nie tylko przez pryzmat choroby jako wielkiej tragedii. W ten sposób będą mogli oni czerpać siłę do walki z chorobą, a nie tylko zamartwiać się swym stanem zdrowia i… czekać na koniec. Natomiast wszystkim chorym chciałbym życzyć dużo zdrowia i powiedzieć: wiem, że czasem bywa ciężko, wiem, że są gorsze dni i różne nastroje tak, jak różne są choroby, którymi jesteście dotknięci. Pamiętajcie jednak, że zawsze trzeba podjąć walkę, mimo wszelkich przeciwności podjąć walkę i walczyć do końca. Najważniejsze jest pozytywne nastawienie, pogoda ducha i jak najmniej czarnych myśli. Medycyna też się czasem myli, a cuda się zdarzają więc nie traćcie nadziei. Tak wiele zależy od nas samych, nie wolno się więc skazywać na bierne czekanie na kaprys losu. Niech Was otaczają ludzie, którzy pomogą rozgonić złe myśli, przywrócą uśmiech i pozytywne nastawienie do życia. Niech nie opuszcza Was optymizm i pamiętajcie: NEVER GIVE UP!

Niniejszy artykuł powstał przy wydatnym udziale Dominiki Stryjeckiej bratowej Łukasza, która przekonała Łukasza do podzielenia się własną historią z innymi oraz przyczyniła się do zredagowania pytań wywiadu.

MiastoZaklikow.pl dziękując Łukaszowi za piękne, wielkie i mocne słowa, prosi wszystkich ludzi dobrej woli o finansowe wsparcie rehabilitacji Łukasza. Dla Niego liczy się każdy grosz, który przyspieszy Jego powrót do zdrowia. Wszelkie kwoty wsparcia można wpłacać na rachunek bankowy nr 33 1240 1792 1111 0000 2014 3538 Bank Pekao S.A.

Dziękujemy bardzo Łukaszowi i życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. 

11287171_793741460741525_1204089391_n

  1. Marcin M

    Łukasz czytałem to i nie dowierzam zawsze mijałem Cię na szkolnym korytarzu w Zaklikowskim ogólniaku zawsze uśmiechnięty zawsze miły nie dowierzam i łza się w oku kreci jak fajnego faceta los pokaleczył Łukasz trzymam kciuki i modle się za Ciebie pozdrawiam Marcin

    Reply
  2. Kasia

    Niesamowite jak człowiek potrafi znosić ciezki los. Ponoć miłość przenosi góry a twoja jest tego dowodem. Takie szczyty z którymi ty się zmierzasz zwykły człowiek nie potrafi sobie nawet wyobrazić. My potrafimy narzekać że coś nas boli, dręczy, nikt z nas nie ma tyle w sobie pokory i odwagi co Ty. Trzymaj się Łukasz 🙂 będę modlić się za Ciebie i twój powrót do zdrowia. Jesteś wielkim człowiekiem. I cudownie piszesz o swoich bliskich!

    Reply
  3. Łagodna Herta

    Panie Łukaszu. Wczoraj czytalam to co Pan opowiada o sobie i swojej chorobie kilka razy. Chcialam cos napisac i nie wiedzialam co. Dzisiaj jadac do pracy myslalam o Panu. Jest Pan wspanialym czlowiekiem, ktory nauczyl sie zyc z choroba i mimo, ze ta choroba niezle daje w kosc, jest Pan niezwykle pogodnym czlowiekiem, stawia Pan jej dzielnie czola. Tak pieknie pisze Pan o swoich rodzicach i swojej narzeczonej. Milosc Panie Lukaszu potrafi zdzialać cuda. Pan to wie najlepiej. Zycze Panu, aby ten cud sie wydarzyl w Pana zyciu – zycze powrotu do zdrowia. Serdecznie pozdrawiam:)

    Reply
  4. merry

    Trzymam kciuki za Łukasz i jego rodzine. I mam nadzieje że znajdą się ludzie dobrej woli, którzy okażą wsparcie finansowe.

    Reply
  5. nick

    Wielki szacunek dla Ciebie Łukaszu!!! Niech twój artykuł będzie przykładem dla ludzi, którzy tak naprawdę nie wiedzą co to jest zdrowie, życie. Dla tych którzy zajmują się cudzymi problemami – bo udają że u nich w rodzinie nic się nie dzieje, cieszą się, że komuś się gorzej powodzi, co zajmują się błahostkami, są obłudni, dwulicowi, „fałszywi pobożnie”, co gonią za pieniędzmi, karierą. Nie zdają sobie sprawy jak ważne jest zdrowie.
    Jesteś wzorem dla innych, ” jesteś Wielki”. Życzę Tobie wielu optymistycznych, ciepłych a przede wszystkim wielu zdrowych dni!!!!Pozdrawiam serdecznie-Trzymam kciuki za Ciebie „Wielki Bohaterze”!!!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

code