Prokurator to też tylko człowiek – szczera rozmowa

Data dodania: 13 lutego 2016 | Autor artykułu: Jan Pataraniak | Kategoria: Wydarzenia | 2 komentarze

Prokurator Barbara Bandyga funkcję szefa Prokuratury Rejonowej w Stalowej Woli sprawuje od marca 2011 roku. O specyfice zawodu jaki wykonuje i o swoim życiu opowiedziała dziennikarzowi gazety “Echo Dnia” Bartoszowi Michalak. 

Żeby osiągnąć coś w pani fachu, trzeba mieć “plecy”? Wrzucanie wszystkich do jednego worka to głupota. Ludzie jednak słyszą, jak chociażby na Podkarpaciu, dzięki wsparciu pewnego polityka, można było dostać prokuratorski czy sądowniczy awans…

Niczego w swoim życiu nie zawdzięczam układom, czy jak pan to określił, “plecom”. Pochodzę z maleńkiej wioski koło Ulanowa. Mój tato pracował w Hucie Stalowa Wola. Mama pracowała w urzędzie gminy i zajmowała się domem. Gdyby nie pomoc finansowa prababci, a następnie babci i rodziców, o pójściu na studia do Lublina mogłabym pomarzyć. Kredytów studenckich jeszcze nie było.

Proszę mi nawet nie przypominać… Spłacam, chociaż nie ukrywam, że te 350 złotych miesięcznie z chęcią wydałbym na coś innego.

Pierwszą poważną pensję w życiu dostałam dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat, kiedy zaczęłam pracować w niżańskiej prokuraturze jako asesor. Od 25. roku, gdy byłam na prokuratorskiej aplikacji etatowej, otrzymywałam symboliczne wynagrodzenie, które przeważnie pochłaniały koszty podróży do Rzeszowa, gdzie odbywały się wykłady. Zmierzam do tego, że jestem wdzięczna rodzicom, że nigdy w życiu nie usłyszałam od nich zdania typu: “A bo dziecko wzięłabyś się za normalną robotę i zaczęła w końcu zarabiać”. A przecież mogli tak powiedzieć. Koleżanki szły do pracy w sklepie, bądź innych zakładów pracy. Od początku dostawały miesięczną pensję. Mogły się uniezależnić od rodziców, na stałe wyprowadzić z rodzinnego domu.

No tak, ale teraz pani jedna pensja wynosi tyle, co całoroczna niektórych pani koleżanek.

Nie chciałabym tego komentować. Ale proszę pamiętać, że nikt nie miał pewności, że moje pięcioletnie studia w Lublinie nie pójdą na marne. Dopiero ukończona, początkowo niepłatna, aplikacja prokuratorska i zdany na piątkę egzamin, dawały swego rodzaju gwarancję, że otrzymam posadę w zawodzie. Aplikacja trwała dwa lata. A żeby w ogóle dostać się na takową aplikację prokuratorską, trzeba przystąpić do egzaminu, który ma charakter konkursu, bo odgórnie wprowadzone są ograniczenia liczbowe studentów, aby nie edukować bezrobotnych prokuratorów. Przyszłego prokuratora czeka jeszcze trzyletnia asesura, która kończy się oceną nabytych umiejętności oraz predyspozycji do wykonywania zawodu. Zatem droga do tego, aby zostać prokuratorem jest długa, i dosłownie na każdym jej etapie można zostać skreślonym. Od początku byłam jednak przekonana, że nie chcę studiować “prawa dla prawa”, dlatego liczyłam się z tymi wymaganiami.

W głowie nie pojawiały się myśli, żeby odpuścić?

Jako młoda dziewczyna planowałam iść do szkoły policyjnej w Szczytnie. Wówczas obowiązywał jeszcze wymóg określonego wzrostu. Dla kobiety nie mniej niż 170 centymetrów. Kilku centymetrów zabrakło, więc podjęłam ryzyko związane ze studiami prawniczymi. Przypomniała mi się historia, jak kiedyś z koleżankami ze studiów przymierzałyśmy togi: sądownicze, prokuratorskie i adwokackie. Robiłyśmy sobie zdjęcia. Tylko na jednym moja sylwetka nie była rozmazana. Kiedy miałam na sobie togę prokuratorską… (uśmiech).

W wieku trzydziestu pięciu lat została pani szefem Prokuratury Rejonowej w Stalowej Woli. Co więcej, “przeniosła” pani prokuraturę do nowej siedziby w centrum miasta.

W stalowowolskiej prokuraturze pracuję od 2003 roku. Zaczynałam od stanowiska asesora rok wcześniej w Nisku. Kiedy mój poprzednik, prokurator Bogdan Gunia, awansował na szefa Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie, otrzymałam od prokuratora generalnego nominację na jego miejsce. Rok temu zostałam wybrana na kolejną, czteroletnią kadencję. W marcu tego roku ma wejść ustawa, która znosi kadencyjność.

O pomysłach Prawa i Sprawiedliwości pogadamy innym razem. Jestem ciekawy, dlaczego akurat to pani zaproponowano awans? Skąd prokurator generalny wiedział o istnieniu Barbary Bandyga?

Jak w każdej pracy, ktoś z bardziej doświadczonych pracowników może uznać: “Ta osoba nadawałaby się na to stanowisko. Warto dać jej szansę”, i otrzymuje się zadanie, któremu albo się sprosta, albo które nas przerośnie. Prokurator generalny usłyszał o mnie od Prokuratora Apelacyjnego z Rzeszowa, a ten z kolei dowiedział się o mnie od Prokuratora Okręgowego. Takie są przepisy związane z wyłanianiem kandydatów na szefów poszczególnych szczebli.

Jak układa się pani współpraca z prokuratorami płci męskiej, którzy są starsi od pani, a którzy są zależni od pani poleceń? Wyczuwam złośliwe komentarze.

Nie wiem, co koledzy mówią o mnie w domu. W Stalowej Woli jest ich w sumie trzech, w tym mój zastępca. W pracy jesteśmy partnerami i wiek, czy płeć nie mają znaczenia. Z jednej strony każdy prokurator jest niezależny i sam odpowiada za prowadzone sprawy, ale z drugiej tworzymy zespół, który osiąga sukcesy, gdy ma świadomość odpowiedzialności za całość. Prokuratura w Stalowej Woli to dobrze działający mechanizm.

A które sprawy odciskają na pani największe piętno?

Te związane z dziećmi. Mam dwie małe córki. Dwa lata temu bardzo przeżyłam tragedię w Lipie, gdzie na miejscu, oprócz zwłok matki, ujrzałam ciała sześcioletniego chłopca i jego dziewięcioletniej siostry. To już nawet nie chodzi o widok krwi, co sam fakt tej tragedii. Ostatecznie wykluczyliśmy udział w tym zdarzeniu osób trzecich, co w skrócie oznacza, że doszło do samobójstwa rozszerzonego. W tamtym okresie przesłuchiwałam ojca dzieci, który wrócił z Francji. Bardzo ciężka rozmowa. Wszyscy wokół powtarzali, że jego żona była bardzo spokojną kobietą, która dbała o rodzinę. Przerażająca jest świadomość, że taka tragedia może spotkać każdego z nas, w każdym czasie. Nie wszystko można przewidzieć, nie wszystkiemu można zapobiec.

A sprawa z zeszłego roku zakopanej żywcem ciężarnej siedemnastolatki w miejscowości Krzaki?

Nie wywołała we mnie aż takich emocji. Dopiero, gdy zobaczyłam zdjęcia płodu z sekcji zwłok, to chwyciło mnie za gardło. Również byłam na miejscu zdarzenia, ale od razu skupiłem się na tym, co w tym zawodzie najważniejsze, czyli dojściu do prawdy. Podczas pierwszych przesłuchań sprawcy, wówczas jeszcze szesnastoletni mieszkaniec Kłyżowa, udawał kompletnego zszokowanego tą tragedią. Podejrzany kręcił głową, jak coś takiego w ogóle mogło się zdarzyć. Podkreślał, że on naprawdę nie ma z tym nic wspólnego. “Złamały” go upływające godziny, a może wyrzuty sumienia…

Jak bardzo jest pani wyrafinowana podczas tego typu przesłuchań?

Myślę, że jak dotychczas najbardziej okrutna byłam podczas przesłuchań mężczyzny, który dopuścił się gwałtu na swojej dwunastoletniej kuzynce. Zdarzenie miało miejsce we wsi sąsiadującej z Niskiem. Sprawcę znałam już wcześniej, z czasów gdy odbywałam aplikację w Nisku. Razem z kolegą napadł, w celu rabunkowym, na bardzo wiekową kobietę i dręczył ją, tak, że w ciężkim stanie trafiła później do szpitala. Bawili się w “diabełka i aniołka”. Jeden odpychał kobietę mówiąc, że jest zły, a drugi ją łapał mówiąc, że jest dobry, ale jak nie da mu pieniędzy, to też potrafi pokazać rogi. Zmierzam do tego, że zapamiętałam go sobie jako człowieka, który strasznie płakał podczas ogłaszania wyroku i wcześniejszego składania wyjaśnień. Przepraszał za swoje zachowanie, wręcz siebie nienawidził, że mógł tak potraktować osiemdziesięcioletnią kobietą. Proszę sobie wyobrazić, że podczas przesłuchań w sprawie gwałtu, zaczął zachowywać się dosłownie w ten sam sposób. Moja reakcja była brutalna. Myślę, że po części miała na to wpływ moja rozmowa z tą dziewczynką, która w bardzo szczegółowy sposób opowiedziała mi o całym zajściu. Szybko odechciało mu się szlochać.

Pani mąż to musi mieć ciężko w życiu…

Doskonale wiedział, na co się porywa (uśmiech).

Nawet nazwiska nie przejęła pani po mężu…

A czy to takie istotne? Córki mają nazwisko męża, ja ze względu na wygodę, ale też bezpieczeństwo rodziny, używam panieńskiego.

Przypuszczam, że dość często zdarza się pani usłyszeć groźby.

Regularnie otrzymywałam rysunki przedstawiające moją śmierć. Wysyłał je mężczyzna, który za liczne przestępstwa odsiaduje wyroki. Miał wizje, że po wyjściu z więzienia mnie zakopie. Innym razem, że powiesi. Na kolejnym rysunku zobaczyłam, jak się wykrwawiam po zadanych ciosach nożem. Moja mama bardzo przeżywa tego typu zdarzenia. Nie wszystkie da się przed nią ukryć. W ostatnim liście opisał jak podpali mój dom i zamieni moje życie w piekło.

Skąd zna pani adres?

Zna adres prokuratury w Stalowej Woli. Żartobliwe powiem, że przez pewien czas każdy dzień zaczynałam od takiej “prasówki”.

A prowadzi pani kalendarz, w którym zapisuje w który dzień wychodzi dany przestępca?

Trzymam rękę na pulsie, aczkolwiek nie robię tego z powodu strachu o własne życie, a innych. W tym roku kończy odsiadkę w Rzeszowie bezwzględny pedofil, mieszkający na stałe w Stalowej Woli. Jeśli nie zostanie objęty ustawą o bestiach, to po prostu będzie mógł opuścić zakład karny i wrócić tutaj. Ciężko powiedzieć, co on teraz, w wieku czterdziestu lat, po kilkunastu latach odsiadki, ma w głowie…

Można panią czasami wziąć na litość? Ale taką szczerą skruchą.

Myślę, że byśmy dzisiaj nie rozmawiali, gdyby tak było. Był jednak przypadek, że uchyliłam mężczyźnie tymczasowy areszt. Do gabinetu przyszła jego żona. Wyznała, że ich syn oczekiwał na Pierwszą Komunię Świętą. Żył w przekonaniu, że jego tato pracuje w Norwegii, a nie siedzi w areszcie. Był przekonany, że wróci do domu. Kobieta zapytała mnie, co ma powiedzieć dziecku? Że jego ojciec jest podpalaczem i “siedzi”, czy jednak wróci do Polski na kilka dni, specjalnie dla syna. To była szczera rozmowa. Uznałam, że dla dobra sprawy uchylenie aresztu nie będzie miało żadnego znaczenia. Miałam już zebrany pełen materiał dowodowy. Mężczyzna wyszedł wtedy na wolność, ale kara więzienia i tak go nie ominęła. Ta kobieta w końcu pewnie powiedziała synowi, co się dzieje z jego ojcem. Czekała jednak aż ten będzie starszy…

Jaka dotychczas przytrafiła się pani najbardziej komiczna sprawa?

Sprawca na miejscu rabunku zgubił wezwanie na policję, które otrzymał już wcześniej. Oczywiście nie mogłam sugerować się tylko i wyłącznie tym dokumentem, ale nie ukrywam, że miałam ułatwioną pracę (uśmiech). Nie był to najbardziej rozgarnięty przestępca, jakiego w życiu spotkałam. Inny chciał ukraść… pościel z niezamieszkałego domu, ale wychodząc przez okno, potknął się, a że był pod znacznym wpływem alkoholu, upadł na wynoszoną kołdrę i… zasnął. Pamiętam też jak sędzia podczas rozprawy zadał pytanie oskarżonemu: „Czy dostrzega pan sprzeczności związane ze złożonymi przez siebie wyjaśnieniami?”. Mijały kolejne sekundy, a mężczyzna stał jak wryty. Ewidentnie taka forma pytania go przerosła. W końcu nie wytrzymałam i pytam: „Czy pan wie, że kłamie?!”. – Aaa, no tak. Nie, nie przyznaję się do winy – momentalnie odrzekł (uśmiech).

A najbardziej przykry moment w pani karierze zawodowej?

Wulgaryzmy, wyzywanie nie robią na mnie większego wrażenia. Było mi przykro, kiedy rodzina samobójcy oskarżała mnie o przyjmowanie łapówek. Podobno miałam dostać nawet mercedesa.

Ale sprawa związana z samobójstwem, sama w sobie, jest raczej mało kontrowersyjna i trudna, żeby móc podejrzewać prokuratora o nieczyste zagrania…

To pan nie wie, że większość rodziców nie może pogodzić się z samobójstwem swojego dziecka? To był o tyle specyficzny przypadek, że ten chłopak wcześniej spowodował kolizję. Nie miał prawa jazdy, był pod wpływem alkoholu. Uciekł z miejsca zdarzenia. Po kilkunastu minutach pod jego rodzinny dom przyjechali ci, którzy byli pokrzywdzeni w tej kolizji. Doszło do szarpaniny. Co więcej, to były dwie znienawidzone rodziny. Po całym zdarzeniu chłopak wyszedł z domu. Został znaleziony wiszący na drzewie. Jego rodzina była przekonana, że to było zabójstwo pozorowane. Że to jeden z pokrzywdzonych w kolizji postanowił się zemścić. Brałam pod uwagę taką wersję zdarzeń. Ale ekspertyza biegłego sądowego po prostu wykluczała udział osób trzecich. Swoje jednak się nasłuchałam. Staram się przywyknąć, że z pracy prokuratora zazwyczaj obie strony są niezadowolone. Pokrzywdzeni żądają wyższego wyroku dla oskarżonych, oskarżeni uważają, że nie zasługują na karę.

Jak w drużynie pojawia się nowy zawodnik, to ma chrzest. Pani takowy przeszła?

Tak, gdy pojechałam jako aplikant z prokuratorem do zakładu karnego w Rzeszowie. Miałam swoje zadania do wykonania. Byłam tylko przekonana, że będzie mi w nich towarzyszył strażnik, a najlepiej dwóch. Tymczasem oni wprowadzali mi do wąskiego pokoiku, w którym na środku znajduje się stolik, kolejnych więźniów, i tłumaczyli, że jak coś są w pomieszczeniu obok. Aha, i jeszcze przypomnieli, że w razie potrzeby proszę krzyczeć lub użyć specjalnego przycisku dzwonka (uśmiech). Co ciekawe, jako pierwszy wszedł na salę blisko dwumetrowy mężczyzna, który siedział za znęcanie się nad żoną…

Skoro nie jeździ pani tym mercedesem, który miała pani otrzymać jako łapówkę, to jakim samochodem?

Fiatem pandą. Wygodny, tani w utrzymaniu. Skromnie… A pan?

A ja mam prawo jazdy i… w sumie nie mam nic przeciwko “pandzie”. Na jakich telewizyjnych programach się pani “wychowała”?

“07 zgłoś się”. Aktualnie czytam kolejne części przygód prokuratora Szackiego. W książkach Miłoszewskiego dostrzegam drobne nieścisłości, ale mąż za każdym razem powtarza: “Daj już spokój. Zapomnij o swojej pracy”.

Jakie te błędy na przykład?

Oskarżony składa wyjaśnienia, a nie zeznania. Drobnostki, ale każdego prokuratora kłują w oczy.

Pojawiła się ostatnio sprawa, której rozwiązanie sprawiłoby pani szczególną satysfakcję?

Może nie była to jakaś spektakularna akcja, ale mina mężczyzny schwytanego na gorącym uczynku na długo zostanie w mojej pamięci (uśmiech). Pozwoliłam sobie uczestniczyć w zatrzymaniu. Urząd celny w Gdańsku i we Wrocławiu zatrzymał paczki wysłane ze Stalowej Woli. Były w nich tabletki wczesnoporonne. Nie trudno się domyśleć, że trzeba było ustalić, kto je stąd wysłał. Oczywiście na paczkach nie było prawdziwego adresu nadawcy. Mimo to, przy kolejnej, tym razem już tylko próbie wysyłki, został zatrzymany przez policjantów w urzędzie pocztowym…

Jak do tego doszło?

Chyba pan nie sądzi, że ze szczegółami opowiem o sposobie schwytania tego człowieka (uśmiech)?

Nie chciałaby pani stąd wyjechać i zrobić kariery w większym mieście, nawet w prokuraturze generalnej?

Nie mam takiej potrzeby. Pochodzę ze wsi, razem z mężem kupiliśmy dom na wsi. Nie wyobrażam sobie życia na co dzień w takim mieście jak choćby Warszawa. Nie jestem typem karierowiczki. Poza tym szefem nie jest się wiecznie, dlatego normalnie prowadzę sprawy.

Badała kiedyś pani sprawę znajomego?

Jako asesor w Nisku (uśmiech). Chodziło o jakieś drobne włamania, a to był mój kolega ze szkoły podstawowej. Nie rozpoznał mnie, ani nie skojarzył z nazwiska. Pan też pewnie nie pamięta wszystkich kolegów i koleżanek z pierwszych klas “podstawówki”.

Na koniec postawię tezę, do której, jeśli będzie pani chciała, to się ustosunkuje. Jeśli mam bardzo dużo pieniędzy i jestem człowiekiem wpływowym, to sądy mogą mi, za przeproszeniem, naskoczyć.

Dzisiaj bardzo popularne jest wygłaszanie tego typu buntowniczych haseł. Ale naprawdę pan myśli, że, nawet jako milioner, uniknąłby pan więzienia na przykład za zabójstwo?

Za zabójstwo może nie, ale za jakieś przekręty gospodarcze, to już tak. Poza tym, gdybym naprawdę był wpływowy, to z większością prokuratorów i sędziów byłbym na “ty”. Pewnie też mieliby wobec mnie dług wdzięczności.

Ja dług wdzięczności mam tylko w stosunku do rodziców, dlatego nigdy nie zdarzyło mi się, żeby jakiś polityk wszedł do tego gabinetu i powiedział: “Zapomniałaś już, kto załatwił ci pracę?”

Źródło: www.echodnia.pl/Bartosz Michalak/12.02.2016 r./tekst/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

code